To taki suplemencik do bloga o balu dziennikarzy. Dopiero następnego dnia, gdy ludożerka zaczęła się oblizywać w sprawie pocałunku stulecia skojarzyłam, że widziałam to najważniejsze wydarzenie medialne 2010, z odległości 10 metrów. Doda podkradała się do stolika prezydenckiej pary od tyłu z filuterną minką misia łasującego w barci, więc działała przez zaskoczenie.
Tu zastanowiła bym się nad jakością ochrony naszej głowy państwa. Jak to jest, że każdy sobie może podejść, założyć Prezydentowi podwójnego Nelsona i go pocałować, szczerząc zęby? Nie do pomyślenia w cywilizowanym kraju. Jakieś stepowe zwyczaje. Biedaczyna zbaraniał i chyba się trochę zląkł, bo Doda jest dorodną samicą z długimi pazurami, która wie, czym kaczka wodę pije. Zastanawiające, że nikt na czele z pierwszą Damą nie bronił pana profesora, ewidentnie nie gustującego w kontaktach fizycznych z kobietami o wykształceniu średnim. Widać też było, że Doda trzymała go mocno, więc nie miał szansy w tej nierównej walce. A może nagle wpadł na pomysł, że cichym przyzwoleniem na pocałunek zdobywa rzesze wyborczyń, kto wie, może nawet głos Premiera, wielbiciela słodkiej skandalistki?
W czasie zajścia ochroniarze z kabelkami zalotnie wiszącymi z uszu stali i gapili się na Dodę, bo już prezydent im się opatrzył. Pomimo braku fotoshopu, o czym wspominałam, pewna swej bezkompromisowej urody Dorotka dyktowała warunki i nic dziwnego, bo była sporo większa od całej pary. Potem sobie poszła i okazało się, że niepotrzebnie założyła aż takie krótkie mini.
Przez chwilę chcieliśmy z przyjaciółmi podskoczyć i też skraść całusa głowie państwa, ale z wrodzonej nieśmiałości zarzuciliśmy pomysł. Wszystko wróciło do normy, a ja zastanawiałam się, jak to jest, że jakaś pannica wpada na pomysł, żeby się sfotografować w czasie urywania głowy głowy państwa i nikt jej nie przeszkadza? Jakim cudem kobiecina w Rzymie bez problemu, rzuca się na Papieża. Może jego ochroniarze są z naszej szkoły? Do Berlusconiego na odległość metra podchodzi facet z metalowym odlewem katedry, a ochrona patrzy sobie w oczy, bo odwróceni są w złym kierunku.
Na zakończenie opiszę zdarzenie związane z tematem, które miało miejsce lata temu w portugalskiej katedrze na Goa w Indiach. Pewna pątnica- fanatyczka odgryzła palec u nogi świętemu Xaweremu, który od wieków leżał sobie wygodnie w sandałach zakonnych na podwyższeniu i zadziwiał wiernych, bo po śmierci nie zmienił się nic a nic. Mówią, że wyglądał nawet lepiej niż przed. Łakomczucha palec połknęła na oczach księdza i pielgrzymki, która zaczęła z niej zdobycz wytrząsać, ale nie dało rady, choć nie popiła. Powstał teologiczny dylemat związany z trawieniem i wydalaniem. Nie znam finału, ale historię słyszałam od przewodnika, gdy podziwialiśmy Xawerego w szklanej gablocie, w której po incydencie go umieszczono. Nie chce nic sugerować, ale może zamiast ochrony zafundować głowie państwa coś w tym stylu?
Prażone ziarna
Dużą patelnię posypać grubo solą. Wkładać oddzielnie nasiona sezamu, lnu, słonecznika, czy pestki dyni. Uprażone na ciemnozłoty kolor zsypujemy z solą do pojemników i używamy do twarożków, zup, past, jajek na twardo, jajecznicy, zapiekanek, a właściwie wszystkiego na słono. U mnie króluje całe ziarno sezamu z grubą solą, ale w Indiach używa się zmielonego na pył. Też pyszne.
Za komuny, gdy spadał pierwszy śnieg pisano: „Znowu zima zaskoczyła drogowców". Nic się nie zmieniło, bo teraz też. Na ulicach hałdy brudnego śniegu. Została połowa miejsc do parkowania. Ludzie, jak disneyowski jelonek Bambi na zamarzniętym jeziorze, chodzą na rozkraczonych nóżkach. Z samochodu wysiada się w kupy brudnego śniegu. W bocznych uliczkach, zupełnie zaniedbanych ,jeździ się bokiem, tak ślisko. Na chodnikach podstępne placki lodu troszkę posypane piaskiem. To szkoła przetrwania dla staruszek i inwalidów, którzy zamiast łazić po mrozie powinni siedzieć w domu i nie narażać służby zdrowia na koszty. Staruszką jeszcze nie jestem, ale inwalidką-rowerzystką trochę tak, więc naprawdę boję się chodzić po nierównym śniegu, pod którym nie wiadomo co. Przypominam Dzwonnika z Notre Dame, gdy z wypiętym zadem łapię balans, bo jedna nóżka z powodu nierówności zawsze krótsza, na ramieniu zsuwająca się z futra torebka, w ręku torba. Chodzę w kłapciatych butach, których używam tylko w górach. Inne kozaczki czekają na lato
W tym wodewilowym piekle Dantego uwijają się funkcjonariusze Straży Miejskiej wymachując mandatami, za złe parkowanie. Upojeni dodatkowymi uprawnieniami, ani myślą pomagać zmarzniętym, ślizgającym się ludziom. Nie biorą udziału w odśnieżaniu, które nam się należy, bo płacimy podatki. Należą nam się również zredukowane przez powbijane bez sensu słupki miejsca do parkowania. Czy nos dla tabakiery, czy ona dla nosa? - pytał oświeceniowy poeta. Ja pytam też. Czy Straż miejska ma mi pomagać, czy przeszkadzać funkcjonować w mieście? Czy trzeba aż trzech pensji dla funkcjonariuszej trójki, żeby za wycieraczkę włożyć jeden mandat? Wybierałam kobietę na Prezydenta Miasta, bo myślałam, że może bardziej pomyśli o zwykłych ludziach niż nadęci, podsiębierni faceci. Nic z tego. Zaczyna się zabawa w policjantów i złodziei, którzy niczego nie ukradli.
Zupa z suszonych grzybów
Garść suszonych grzybów zalać letnią wodą i odstawić na noc. Przełożyć wszystko do garnka i dodać wody, włoszczyzny, przypraw jak do rosołu i pół opieczonej cebuli. Żadnego mięsa!
Łazanki domowe, czyli kwadratowe dwa na dwa centymetry kluseczki z cienko wałkowanego ciasta (tylko woda, mąka i sól), gotować al dente. Osoby niecierpliwe mogą łazanki kupić w sklepie.
Kiedy grzyby są miękkie, wyjąć je z garnka wraz z włoszczyzną i pokroić na średnie paski. Włoszczyznę dać psu. Na patelni zrumienić trzy duże łyżki masła i wlać do wywaru z grzybami, zagotować (można zrobić lekką zasmażkę).
Łazanki włożyć do miseczek i zalać czystą zupą z grzybami. Jest to danie wigilijne, więc pyszne.Doczekałam do ostatniej chwili, żeby móc spełnić rolę krasnalka- kronikarza Koszałka Opałka i przekazać relację z corocznego Balu Dziennikarzy. Za sekundę zrobią to tabloidy, ale ja będę pierwsza. Bal odbywa się zwykle w pięknej auli Politechniki Warszawskiej i ma charakter dobroczynny. Miło, bo większość znajomych: luzik, zabawni prowadzący i chaotyczne tańce, typu wolna amerykanka. Wszystko jak w weselu Wyspiańskiego, nie wiadomo o co chodzi, ale każdy z każdym gada i i się cieszy, a muzyka daje po uszach. Stroje bez dress kodu, czyli suknie od skarajnie balowych bez góry, albo bez dołu, albo i bez tego i bez tego. Panowie garnitury, bo złośliwi mówią, że smoking dobrze leży dopiero w trzecim pokoleniu. Kilku luzaków w podkoszulkach oraz pogniecionych marynarkach, a redaktor Najsztub w kurteczce z baletu Dziadek do Orzechów, plus wymuskane męskie ,wyglądające jak klony, młodociane, rzucające kokietliwie okiem pi-ary. Na scenie di-dżej w letnim uniformie z filmu Strach na wróble. Dorota Wellman na czarno, żeby podkreślić swoją gigantyczna pracę nad figurą. Drobniutka Monika Olejnik w sukni czerwonej z trenem z przodu i z tyłu, lepiej było nie patrzeć, gdy wchodziła i schodziła z estrady. Mnóstwo super ciekawej, modnej teraz sztucznej biżuterii, czyli kilogramów błyskotek i pereł, które polecam, bo zdobią. Małe z przeproszeniem wisiorki, niech wiszą w domu do odwołania.
Na razie opisuję typowy spęd towarzyski, niestety bez wodzireja, a więc chaos ze szwedzkim stołem w tle, ale oto sensacja. Nagle na schodach pojawił się kłąb fotoreporterów coś szczelnie oblepiający. Spod aparatów wystawały mało mimiczne buzie osób słyszących inaczej z aparatami słuchowymi na długich kabelkach, a całe towarzystwo staczało się do sali balowej.
Ponieważ mówiło się o przybyciu Prezydenta i Dody, nie było jasności, kogo kryje wyżej wzmiankowana kula. Na dole okazało się, że to głowa państwa, która postanowiła w ramach kampanii wyborczej wyciągnąć rączkę do dziennikarzy. Moja babcia mówiła: Jak cię ktoś nie lubi, to nie polubi. Lepiej skoncentruj się na przyjaciołach. Prezydent został powitany ze sceny, przy wtórku anemicznych brawek stronników PIS-u, którzy ulokowali się po lewej (?) stronie auli, bo po prawej stali miłośnicy Platformy i SLD, czyli ja też. Został złamana konwencja, bo bal się upolitycznił. Niby nic, ale po co? Na szczęście za chwilę po schodach znowu zaczął spadać kłąb fotoreporterów, z którego wystawała Doda. Dwa grzyby w barszczu, ale krótko, bo zaraz sobie poszła i prezydent oraz jego spocona z przejęcia świta odzyskali palemkę pierwszeństwa. Koledzy co do Dody się rozczarowali, bo była bez fotoshopu i zaczęli poddawać w wątpliwość jej wyższe wykształcenie, aż musiałam jej bronić, podając przykłady osób z dyplomem, mających dużo brzydsze nogi niż nasza Gwiazda. Tu wymieniłam paru znanych mi profesorów, których nogi widziałam.
Poszłam sobie około północy, bo był tłok na parkiecie spowodowany występem dobrze odżywionego, jak zwykle rubasznego- Krzysztofa Krawczyka, który był bardzo zadowolony, co widać było na telebimie. Ostatnio nie mam szczęścia do występów pop na żywo. Jeszcze nie doszłam do siebie po Kasi Nosowskiej na paszportach Polityki, a tu nowy test na wytrzymałość. Poza tym, gdyby nie nasz przymusowy, rodem z filmów Altmana, udział w kampanii wyborczej, było super.
Kapusta z grzybami
Kilo kwaszonej kapusty namoczyć przez pół godziny, odcedzić i wycisnąć. Namoczone przez noc grzyby suszone - mogą być i korzonki lub byle co - ugotować w małej ilości wody z włoszczyzną bez kapusty, ale z zielem angielskim i liściem laurowym. Do tego pół opieczonej nad ogniem cebuli (odradzam świece zapachowe).
Kapustę pociąć na średnio drobno, włożyć do garnka, zalać wywarem z grzybów i gotować 15 min. Grzyby pokroić w cienkie paski. Na dużej patelni rozgrzać olej kujawski z dwoma posiekanymi ząbkami czosnku. Dodać odciśniętą kapustę i grzyby. Lekko posolić, dodać sporo pieprzu i mieszając zasmażać 20 minut. Potem na chwilę przykryć, żeby doszła do siebie.
Najlepiej smakuje z kartoflami purée polanymi olejem z podsmażaną drobno posiekaną cebulką. W Polsce popularna jest również kombinacja z wielkim panierowanym schabowym.
Cały tydzień mam głowę pełną pomysłów, a jak znajduję chwilę czasu, to głowa pusta. Jak pusta, to o diecie i gotowaniu. Będzie o kurczakach i kurach, które dzielimy na pasione sztucznie i grzebiące. Tych ostatnich jak na lekarstwo, dość dużo przy nich roboty i wyglądają okropnie, ale są zdrowsze od pędzonych chemią, otłuszczonych, zapasionych kurzych hurys, tańszych trzy razy. Od dziecka cierpię z powodu dużego biustu, który zaczyna maleć dopiero na końcu odchudzania, kiedy mam nogi jak komar i twarz liska.
Ostatnio poczytałam o tempie, w jakim z jajka uzyskuje się ponad kilowego kuraka. Jezu! „Strach, rany Boskie!", jak mawiali Starsi Panowie. Sprawiają to hormony, którymi pasione są od niemowlęctwa sztuczne kury. Potem tymi hormonami pasiemy się my. Są w piersiach, udkach, jajkach i kurzych wędlinach, które jadłam przez lata, bo nie lubię czerwonego mięsa.
Po kolejnym artykule o zdrowej żywności postanowiłam zrobić eksperyment i zerwać z kurczakami, a nawet z hodowlanymi rybami. Tylko ryby morskie i kozi nabiał. Było to żadne poświęcenie, bo kura sztuczna przypomina w smaku ligninę, a wędliny z konserwantami to straszne świństwo. Kura ekologiczna mnie ortopedycznie przeraża i wygląda jak nieprzyzwoity golas. No i te resztki piór i łapy. Brr! Ryby, nawet mrożone, są zdrowe, pyszne i błyskawicznie się gotują.
Biust podzielił mój entuzjazm wynikający z eliminacji kurzych hormonów i zaczął maleć. Przez trzy miesiące obwód zmniejszył się o 4 centymetry, choć schudłam tylko 2 kilo, ale jedząc jak smok ekologiczny. Czasami kawałek piersi z indyka, kaczkę, albo gęś, ale ryby, na czele z halibutem, dorszem i morszczukiem, jem codziennie, a zamiast wędlin wędzone. Byle nie pstrągi i karpie. Ewidentnie są pasione jakimś świństwem, bo rosną jak na drożdżach. Sprawę kur radzę przemyśleć osobom, które nie mogą schudnąć, szczególnie w biuście. Może to przez hormony zawarte w sztucznie pędzonej żywności?
Teraz przepis jeszcze z domu. Ciągle go wykorzystuję. Oto wersja błyskawiczna. Ryba gotowa w 15 minut i w ogóle nietucząca.
Najprostszy przepis świata (oczywiście poza chlebem z masłem).
1 kilogram ryby morskiej, opakowanie mrożonej włoszczyzny, bez groszku i brukselki, 2 łyżki masła.
W płaskim rondlu ułożyć warstwę włoszczyzny, posolić, popieprzyć (żadnych innych przypraw), położyć rybę, na to włoszczyznę, pół szklanki wody i przykryć. Ogień średni i jak miękkie można podawać solo, polane lekko zrumienionym masłem na dużym talerzu. Białe lodowate wino konieczne.
Dawno temu zaprzyjaźniłam się niespodzianie z uroczym, bardzo przystojnym dziennikarzem spod znaku Wodnika. Przypadkiem spędziliśmy razem dwa tygodnie nad morzem w sierpniu 1988 roku. Kiedy spotkaliśmy się w delikatesach Porto na Świętokrzyskiej, znałam go tylko z widzenia i felietonów w „Szpilkach". Właśnie uciekłam z Nowego Jorku przed upałami prosto w swojska komunę, ale pomimo polerowanej nędzy w sklepie wiało lokalnym luksusem.
Przechadzając się między działem wędlin, jarzynowym i monopolowym, zaczęliśmy rozmawiać o tym, co robimy latem. Znaczy ja zaczęłam, bo wybierałam się z przyjaciółką ze studiów do Karwi, a on nie wybierał się nigdzie i bardzo mi zazdrościł, bo miał ukochanego psa jamnika - Felę, którą wyjątkowo dręczyły upały w mieszkaniu na poddaszu. Jako osoba spod znaku Barana mam skłonność do spontanicznych zachowań i zaproponowałam, ani przez chwilę nie traktując tego poważnie, żeby pojechał z nami. A tu natychmiastowe plany zakupowe, milion pytań, bo nowy kolega był przecież znanym dziennikarzem. Łyskał błękitnymi oczami, ruszał wąsikami, szarpał blond loczki i w sekundę zmienił się w uradowane dziecko.
Wyruszyliśmy nazajutrz moim małym nowym fiatem. Koleżanka siedziała z tyłu, a on z psem na kolanach obok mnie. Gadaliśmy zachwyceni i wszyscy podekscytowani jak harcerze przed wojną. Zajechaliśmy w sekundę. Z braku laku zamieszkaliśmy w nieczynnym schronisku młodzieżowym przeznaczonym do remontu w sali 20 osobowej z widokiem na śmietnik, bo nie było ani jednego wolnego pokoju. Dzień i noc na plaży, dużo wina, pies budował zamki z piasku i tak minęły dwa tygodnie. A potem kilka miesięcy w Warszawie, potem parę lat luźniejszej znajomości, a w końcu zniknęliśmy sobie w naszych nowych życiach gdzie indziej i z kim innym.
Dziś myślałam o nim cały dzień. Przypominały mi się jego przezabawne powiedzonka. Niezwykła czujność i błyskawiczne riposty. Napady histerii i wesołości. Jego wielkie pogodne serce dla przyjaciół i pewnego rodzaju zagubienie między pragmatyzmem, a młodzieńczym romantyzmem. Tak szybko odszedł, że nie zdążyłam się pożegnać. Robię to teraz, wspominając Janusza Atlasa doskonałego publicystę i dziennikarza, który zmarł na raka 3 stycznia 2010 mając 60 lat, pozostawiając zdumionych przyjaciół. Bardzo mi się trudno pisało ten tekst, bo ciągle coś mi się przypomina, a jednocześnie jakaś łapa trzyma mnie za serce.
piątek, 19 marca 2010
Licznik odwiedzin: 292011
| « styczeń » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | ||||
| 04 | 05 | 06 | 07 | 08 | 09 | 10 |
| 11 | 12 | 13 | 14 | 15 | 16 | 17 |
| 18 | 19 | 20 | 21 | 22 | 23 | 24 |
| 25 | 26 | 27 | 28 | 29 | 30 | 31 |
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: