Do Świnoujścia jeździłam w dzieciństwie z Babcią (przez duże B, bo to była babcia stulecia). Zatrzymywałyśmy się w brązowym, drewnianym domku na Promenadzie, nazywał się „Czekoladka". Mam przed nim zdjęcie w chusteczce na głowie i jakimś potwornym popelinowym płaszczyku, czyli jak zwykle zimne lato nad morzem. Lata sześćdziesiąte wyjątkowo napaskudziły w modzie. Wszystkie spódniczki-bombki, za krótkie żakieciki, kapelutki psychiatryczne, parasolki noszone przy pogodzie, koszyczki wiklinowe i spodnie rybaczki. Wszystko znowu modne, czyli modna ja na zdjęciu przed „Czekoladką", o którą się boję, bo ma super lokalizację, a jestem przyzwyczajona, że to się źle kończy, czyli apartamentowcem.
Do Świnoujścia wpadłam po raz pierwszy od czasów babcinych, ściągnięta przez bajecznego kabaretowca, aktora i animatora życia - Jacka Nieżychowskiego i jego żonę Tunię. Było to 8 lat temu.
Wczoraj u ex Prezydenta miasta oglądałam portrety Państwa wykonane wtedy przeze mnie . O dziwo, modele przez te lata nie zmienili się wcale, jak Dorian Grey.
Świnoujście zapamiętane przeze mnie z czasów strasznych ubranek i dmuchanego kółka śmierdzącego gumą, to jakieś fajne ruiny wypatroszonych poniemieckich willi, gdzie szukaliśmy trupów SS-manów, choć było 20 lat po wojnie.
Jacka Nieżychowskiego i Tusię poznałam w Nowym Jorku w 83 roku. Wpadli z Chicago, gdzie Jacek animował życie kulturalne. Nastąpiła miłość od pierwszego wejrzenia i dwa portrety państwa, dziś zdobiące świnoujski salonik. Potem ja wpadłam do Chicago robić projekty talerzy dla American Coper, co załatwił Jacek. Żyliśmy w pierwszym na świecie studiu radiowym i to nocą, a spaliśmy w dzień. Temperatura 40 stopni w cieniu, a miasto bulgotało jak grochówka.
Po latach na państwa Nieżychowskich wpadłam w Międzyzdrojach na Festiwalu Gwiazd. Jacek brylował kulinarnie i sam organizował uczty na 500 osób. Popisowa była zupa pt. "gramotka z perdutami"!!!??? Nazwa gombrowiczowska, zupa przedwojennej znanej z oszczędności arystokracji. Oto ona. Grzankę z bułki wkładamy do bulionówki. Gotujemy jajko w koszulce, wbijamy je ostrożnie do wody z octem, wtedy robi się meduza. Ścięte, pogotowane 3 minuty wybieramy delikatnie łyżką cedzakową i kładziemy na grzance. Pieprzymy i solimy, poczym zalewamy wrzątkiem, sypiemy posiekaną natkę i mieszamy. Nie brzmi bogato, ale smak ma odlotowy, bo taki był cudownie dowcipny hrabia-wielkolud ze szlacheckim wąsem i manierami. Kochali go wszyscy, bo jak każdy grubas pozbawiony był sangwinicznej żółci, a dowcipem i inteligencją mógłby obdzielić sto osób. Tak się panegirycznie rozpisałam, bo Jacek zmarł półtora miesiąca temu i bardzo tu pusto bez niego, choć Promenada dorównuje tej w Cannes. Serio, nowa część na pewno, choć palm brak. Smutno wiedzieć, że Jacek nie usiądzie w ogródku z piwem i obowiązkową przekąską. Na pociechę mam jego żonę, przyjaciół i „Czekoladkę".
Nie przepadam za imieniem Tadeusz, a ten mnie prześladuje. Już 6 dzień siedzę na polanie przed pałacem w Radziejowicach w potwornej wilgoci, popsikana sprayami, zawinięta w koce jak rumuńska żebraczka i gapię się na Andrzeja Seweryna, który z wielkim talentem na pograniczu geniuszu deklamuje kolejne księgi Etosu. Poprzedza go co wieczór profesor Bralczyk, którego podejrzewam, że jest autorem poematu, bo zna go lepiej niż Mickiewicz i słucham jak na namiękniętym jak gąbka fortepianie gra najlepszy polski chopinista Janusz Olejniczak. Od jeziorka wieje chłodem, komary jak koty żrą maestro po drogocennych dłoniach, a na krzesłach siedzi co wieczór ponad 200 osób i jakoś wytrzymuje kiepskie żarty natury. Nikt nas nie lubi, nawet pogoda.
Pierwszy raz, co wszyscy też przyznają, słyszę całego Pana Tadeusza i wreszcie rozumiem, o co chodzi. Jednak wrażenie z podstawówki było słuszne. Kupa wrzeszczących facetów i jakieś dwie baby, które latają z niewiadomych powodów za niewykształconym bałwanem bez charakteru. Gdyby nie Andrzej Seweryn, nikt by tego nie wytrzymał, choć język cudny, a nastrój wieczorów zimnych jak na Grenlandii naprawdę romantyczny. Nie mówię tego przy prof. Bralczyku, bo by mnie zabił. Gdy powiedziałam w wywiadzie telewizyjnym, że sprawa wzdychania i ganiania za Zosią, która kończy właśnie 13 lat, trąci mi pedofilią, wszyscy na mnie krzyczeli, bo to były inne czasy. Szkoda, że się skończyły, bo by Polański nie musiał uciekać ze Stanów. I jeszcze jedno, może by napisać poemat o trzynastolatku, za którym latają w celach erotycznych dwudziesto- i trzydziestoparolatka, a wszyscy się cieszą, bo on ładnie wskakuje przez okno i karmi kury, a może ma ADHD?
Nie ma dla mnie świętości. Może poza sztuką. Te kilka dni z nią obcowania w Radziejowicach to nirwana, dlatego mam staropolskie sny, gdzie wszyscy w kontuszach i konfederatkach zwracają się do siebie waść, waszeć, mospanie, mociumpanie, oraz posługują się wyłącznie imiesłowami przymiotnymi. Bardzo śmieszne, ale budzę się zlana potem, bo tamci każą mi iść za Stolnika, a Cześnik chce mu uciąć kutasa, oczywiście od pasa słuckiego.
Przepraszam, że z opóźnieniem ale z powodu podróży mam utrudniony dostęp do iternetu.
Gargamelami naród określa różne architektoniczne paskudztwa, których mnoży się potworna ilość. Inspiracją są z pewnością horrory i gry komputerowe oraz brak gotówki u szwagra, który chętnie zaprojektuje coś niefunkcjonalnego i niemodnego w ramach reperowania swoich finansów.
Przykładem czystego horroru jest nowy gmach telewizji publicznej, do którego prawie siłą przeniesiono przerażonych pracowników. Ci, którzy zostali w starym budynku, robią zygu-zygu przesiedleńcom błąkającym się z kompasami i bidonami, bo bufetów na lekarstwo. Ostatnio nowy gmach pokazywany był przez wrogie stacje prywatne w ramach podglądania telewizyjnego przewrotu i pomocy wakacyjnej dla dzieci z niezamożnych rodzin, którym nie dane będzie oglądanie prawdziwego Disneylandu. Niech się schowa gargamelek - Krzywy Domek w Sopocie, tam przynajmniej spokój i zgoda. Dali chłopcy popalić. Wieżyce grubaśne jak w Bastylii, ściany pochyłe, otwory okrągłe, brakuje gacopyrzy i pajęczyn, zapomniano też o fosie.
Sekunda. Nie od razu Kraków zbudowano! Fosę zastępuje strażnik nasrożony, który nie pozwala podjechać pod drzwi, a złośliwy szwagier projektant wyłożył cały frontowy, krzywy i pochyły dziedziniec nierówną, ostrą kostką granitową, żeby lalunie, co mają przewrócone w głowach połamały sobie obcasy. Na moich oczach zrobiono wyjątek dla Jolanty Kwaśniewskiej, ale pewnie dlatego, że wie, jak jeść bezy.
Ogromne koszty postawienia niefunkcjonalnego zamczyska ze schodami ruchomymi i sztucznymi palmami w lobby, zwrócą się, bo podobno budynek wynajmowany będzie wytwórniom filmowym. W lobby nakręci się druga część „W Pustyni i w Puszczy". W rolach głównych niezastąpieni bracia Mroczek. Na dziedzińcu sfilmuje się do Gladiatora II walczącego ze słoniem na kły. Miejsca starczy. Zysk z przeznaczony zostanie na położenie nowych szklanych podłóg w głównym studio, bo stare pękły po dwóch dniach i przydało się supermarketowe lobby, z którego emitowano programy. Czyli na psi interes studio? Nie ma co lamentować, po prostu szwagier kupił cieńsze szyby, bo były tańsze, a jego wujek, który kładł podłogę zapomniał o odstępach. Trudno wymagać szczególnej wiedzy od emerytowanego milicjanta, a ja się czepiam. Mogę, bo na wizytówce mam napisane „osoba kontrowersyjna", a powinnam mieć „osoba robiona w balona", bo tak się czuję, kiedy za moje (!!!) pieniądze jakiś współczesny Kaligula stawia niefunkcjonalnego gargamela. Może się uda i nie zrobi swego konia senatorem. Wątpię, jak szaleć, to szaleć.
poniedziałek, 15 marca 2010
Licznik odwiedzin: 291091
| « marzec » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 |
| 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
| 29 | 30 | 31 | ||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: