Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

W domu

sobota, 24 października 2009 10:11


Siedzę od przyjazdu, bo pogoda i jetlag sprawiają, że wolę w łóżku pisać drugą część Idiotki. Muszę przyśpieszyć, bo skasowało mi się ponad 30 stron napisanych w ostatnich dniach i na lotnisku. W samolocie musiałam całkowicie wyłączyć komputer, a jako czołowy matoł musiałam przy okazji coś wcisnąć. Czołowi hakerzy nie mogą znaleźć.

O Nowym Jorku będę pisała stopniowo, bo musi mi się wszystko ułożyć. W tygodniu postaram się umieścić na stronie zdjęcia i film z  mojego wernisażu w nowojorskim konsulacie. Powoli dochodzę do siebie po horrorowych przeżyciach w drodze powrotnej. Sam lot był cudowny.

Jestem wielką wielbicielką polskich stewardess i pilotów. Nawet kiedy jest turbulencja, piję sobie szampana i piszę. W ogóle się nie boję. A nawet w drodze wysypiam jak w domu. Oczywiście staram się nie myśleć o tym, jak wysoko lecę i że pode mną jest lodowaty ocean, a na zewnątrz minus 60 stopni. Myślę o przyjemnych rzeczach i gawędzę z sąsiadami. Mam szczęście do ciekawych panów i zwykle przegadujemy kilka godzin.

Tym razem siedziałam koło żydowskiego prezesa amerykańskiej misji humanitarnej lecącego na rozmowy na Jasnej Górze. Ciekawe. Prawda? Pan był bardzo stary i leciał w białej koszuli, krawacie i garniturze. Biała koszula na 9 godzinną podróż była bez sensu, ale mi wytłumaczył, że zawsze, kiedy leci na ważne spotkanie liczy się z tym, że walizka zaginie, dlatego w podręcznym bagażu ma wszystko na dwa dni.

I tym razem miał rację, choć walizka nie zginęła. Za to w Warszawie była mgła. Po 9 godzinnym locie kołowaliśmy nad miastem ponad godzinę i skierowano nas do Gdańska, czyli najdalszego od stolicy lotniska.

Samolot był pełny starszych ludzi i kobiet z niemowlakami. Wracali po rodzinnych wizytach. Pan Artur spojrzał na mnie tryumfująco. Miał rację z koszulą. Tu kończy się miły lot, a zaczynają schody. Do akcji  wchodza służby naziemne. Głownie obsługa lotniska, która chowa się i zostajemy sami w malutkiej sali przylotów. Dwie osoby na metr kwadratowy. Ani jednego miejsca siedzącego. Pani obok mnie mdleje z powodu braku powietrza. Jest chora na serce. Celnicy mówią, że to nie ich sprawa. Niemowlaki wyją. Starsze osoby siadają na niewygodnych wózkach z  metalowych rurek. Nie wypuszczają nas. Nikt z obsługi nie chce przynieść wody. Potem znikają wszyscy. Zostajemy sami bez żadnej informacji z pasażerami Wizzairu czekającymi na bagaże. Wygląda to na scenę z radzieckiego filmu o okupacji. Tłok i przepychanie się do bagażowej taśmy. Koniec z podziałem na biznes, czy drugą klasę.

Pan Artur ma złamany palec u nogi. Sadzam go na wózku. Nie chcą go wypuścić, bo z tej sali wychodzi się tylko z walizką. Czekamy 3 godziny, bo naszych walizek nie ma kto rozpakować. Cały czas nic do jedzenia i picia, oraz żadnej informacji. Nie do wiary. Środek Europy. XXI wiek, a my jak bydło nie wiemy, co będzie. Zapłaciliśmy za dojazd do Warszawy samolotem, ale nikogo w Locie to nie interesuje.

O godzinie 15, a mieliśmy lądować po 9 rano, przewoźnik podstawia autobusy do Warszawy. Czyli nadprogramowe 6 godzin. Pan Artur ledwo żyje i co chwilę odwołuje kolejne spotkania. Biała koszula po nic. Na drogę dostajemy po bułce z wędliną i małym soczkiem. Autobusy po ponad 5 godzinach jazdy dowożą ogłupiałych cudzoziemców i wściekłych tubylców na lotnisko w Warszawie, gdzie mgła zniknęła o 11 rano i mogliśmy tym samym samolotem wrócić. Pytam dlaczego nie? Dlatego, że załoga swoje wylatała i poszła do hotelu, mówi miła pani. Znowu najadłam się wstydu. Pan Artur powiedział, ze to jego ostatnia wizyta w Polsce, bo nie ma tu żadnych korzeni, a to co zobaczył nie mieści mu się w głowie. W mojej też. Serdecznie odradzam mgliste jesienne loty osobom starszym i z małymi dziećmi, bo naprawdę nie  dla nich szansy na ludzkie potraktowanie. Wstyd.

komentarze (7) | dodaj komentarz

Telewizja

niedziela, 18 października 2009 10:58


Jest coraz mniej osób, które nie napisały książki i nie występowały w telewizji, ale ponieważ ciągle się zdarzają ten tekst jest dla nich. Występowanie w telewizji jest bardzo stresujące, ale opłacalne. W naszych czasach, gdyby Kopernika nie zaprosili do „Pytania na śniadanie". Słońce ciągle kręciłoby się wokół Ziemi i nikt nie wiedziałby o jego teorii. Einstein też by się nie przebił bez mediów, dlatego do telewizji trzeba chodzić.

Jestem malarką, pisarką, dziennikarką, felietonistką „Playboya", ale mało kiedy mam szansę o tym mówić, bo znacznie ciekawsza jest moja opinia na temat salonów kosmetycznych, plastycznych operacji, czy małżeństw jako takich, ze szczególnym uwzględnieniem związków Polek z cudzoziemcami.

Mogę też wystąpić w programach o zwierzętach, ulubionych lansowniach, stepowaniu i epidemii świńskiej grypy. Stąd moja popularność. Kiedy chcę zareklamować mój Festiwal Muzyki Franciszka Schuberta, pretekstem do zaproszenia mnie do programu jest na przykład rozmowa o dietach odchudzających, bo kompozytor był grubaskiem. O festiwalu udaje mi się wspomnieć w ostatniej sekundzie, po puszczeniu sondy ulicznej spod Kolumny Zygmunta, gdzie grubas w berecie mówi, że się nie odchudza. Mógłby nie mówić, bo widać. Ciekawe, że na wypowiedzi mamy tyle samo czasu, choć jest on ewidentnym analfabetą.

Ostatnio w upalny dzień byłam zaproszona do lokalnej telewizji, żeby pogadać o zabiegach upiększających. Słuszny wybór, bo właśnie dzięki nim mam urodę jak cios. Dopiero w charakteryzatorni dowiedziałam się, że ze mną wystąpi moja ulubiona ex naczelna „Urody", w której miałam felieton przez ponad 10 lat, dopóki nie zmieniła aparycji na katalog odzieży wysyłkowej.

Makijaż przed wejściem do studia trwa około 45 minut. Bez warstwy podkładu wygląda się jak ofiara pożaru w noclegowni, bo światło jest silne i podłe. Potem się czeka, oglądając poprzedników. Nieletniego rowerzystę, który mówi, że potrafi jeździć na rowerze, kolekcjonera naleśników i matkę bliźniaków, ale niestety nie tą, co bym chciała. Nasza kolej. Prezenterka młodsza dwa razy i dwa razy wyższa, ale na szczęście siedzi. Obie z naczelną mamy wiele do powiedzenia w sprawie pomagania urodzie, ale niestety na nas obie są 3 minuty czasu, z czego pół zabiera prowadząca, też lubiąca sobie pogadać.

Pięknie umalowane wychodzimy po powiedzeniu 5 zdań, co daje 2 i pół na osobę, ale się nie martwimy, bo najważniejsze jest się pokazać. I co by nie mówić, warto się charakteryzować nawet na 3 minuty występu, bo już za chwilę pani w sklepie mówi, że w naturze jestem sto razy chudsza i ładniejsza.


komentarze (10) | dodaj komentarz

Konkurencja

sobota, 10 października 2009 9:59


Ostatnio bawiłam na niezwykłym dla mnie, a chyba zwykłym dla japiszonów przyjęciu u bardzo młodych, pięknych i bogatych ludzi. Przyjęcie ze względów estetycznych dostało ode mnie 5. Jedzenie sałaty, grill bezzapachowy z mięs również drobiowych - 5. Nawet bardzo fajne dzieci, w tym niemowlęta, grzeczne, więc też - 5. Najlepszy był widok na cały tor wyścigów konnych, z lotu ptaka, bo bardzo wysokie piętro. Gdyby nie dwaj koledzy z mojej grupy wiekowej, byłabym najstarsza, natomiast okazałam się bezkonkurencyjna jeśli chodzi o wzrost nikczemny podkreślony przez moje klapki japonki. Jeszcze słabo wypadłam z krótkimi włosami, bo wszystkie piękne, max trzydziestolatki dysponowały tonami blond fryzur i rzęsami do talii. Część była finezyjnie doklejona i doczepiona, ale efekt kosmiczny. Natomiast byłam lepsza od trudnej konkurencji, we wdzięcznym przemieszczaniu się po deku tarasowym ze szparami, ponieważ wszystkie laski miały ekstremalne, 20 centymetrowe obcasy, możliwe dzięki tak zwanej platformie, modnej w moich czasach szkolnych. Jak płochliwe czaple podnosiły chude nogi w dżinsach- rajtuzach, które zsuwały się obiecując niebiańskie rozkosze równo opalonymi brzuszkami wyłaniającymi się z biodrówek. W pępkach połyskiwały brylanty. Pomimo heteroseksualizmu oblizywałam się lubieżnie, bo do tego cudne mamusie grzecznych dzieci zamiast bluzek miały tak zwane topy, czyli elastyczne, najczęściej białe bluzeczki bez ramion i dołu. Pomimo dotkliwego zimna i wichury, żadna nie skusiła się, tak jak ja na coś cieplejszego. Jedna nie wytrzymała i założyła kusą marynareczkę, ale nikt nie poszedł w jej ślady, więc natychmiast, spłoszona, zdjęła, bo nie wyglądała wystarczająco sexy.

Panie rozmawiały o dzieciach i gosposiach. Mężowie zadbani i szczupli, odwróceni tyłem jedli z apetytem, rozprawiając o interesach. Ja i koledzy z konieczności i z zimna okupowaliśmy kuchnię pełną buteleczek dla niemowlaków.

Czemu o tym piszę? Z paru powodów. Po pierwsze zauważyłam organoleptycznie że powstała nowa warstwa społeczna. Młodzi ludzie z kasą i urodą, niemający wiele wspólnego z tym, czym byliśmy my, mając 30 lat, a z pokoleniem tak zwanych kataryniarzy, czyli naszych rodziców, absolutnie nic. To dla nich projektuje się niewygodne buty deformujące stopę, to dla nich telewizor ma ekran 2 na 3 metry, żeby sobie oglądać polityków przypominających rozciągnięte żaby, a piłkarzy grubych jak beczki. To oni decydują o tematach i poziomie reklam, to oni nie zagracają swoich penthousów książkami i nie potrafią pisać ręcznie. Ale to oni są szczupli i uśmiechnięci. Mają minimum po dwoje szczęśliwych, zdrowych dzieci, które o Kabarecie Starszych Panów będą się uczyły w szkole i nie żyją kapuśniakowymi wspomnieniami z czasów komuny. Żadna to dla nas konkurencja i super.


komentarze (57) | dodaj komentarz

Roman

środa, 07 października 2009 9:34


Od czasu zatrzymania Polańskiego popsuł mi się humor. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co mu grozi i żal mi go bardzo, bo ma przechlapane. Polański jest w piątce moich ulubionych reżyserów i uważam go za największego polskiego twórcę, który bez kompleksów stanął w rzędzie najlepszych.

Jego biografia doskonale napisana. Życie straszne i cudowne. Jak nieszczęścia, to wielkie. Getto, potem żona w ciąży zamordowana przez bandę Mansona , wyjazd- ucieczka ze Stanów i odcięcie przez to od Hollywood. Jak sukcesy, to ekstremalne, bo wszystkie filmy od pierwszego do ostatniego genialne. Ładna, twórcza starość i nagle granica bezpiecznej Szwajcarii.

Cały czas próbuję znaleźć jakiś jasny punkcik nadziei, ale przecież nie tylko ja. Pewnie stoi kolejka najlepszych na świecie adwokatów. To sprawa dla geniuszy, a ja myślę dlaczego właśnie teraz i tak podle, w drodze po nagrodę za całokształt Polański został aresztowany? Coś to dziwne? Dlaczego nie wezwano go po prostu do merostwa w sprawie domu, który w Szwajcarii posiada od lat?

Przy całej sympatii i współczuciu nie mogę nie potępić mojego ulubionego reżysera. Jest jedna pedofilia dla zdolnych i niezdolnych. Dla biednych i bogatych. Nawet morderstwo można usiłować tłumaczyć. Pedofilii - nie. Nie ma jak. Że niby panienka staro wyglądała i podstawiła ją mamusia? Nie ma znaczenia w świetle prawa. W ogóle nie ma znaczenia, a szczególnie jak się przeczytało zeznania ofiary. Jezu, co za paskudztwo! Oczywiście minęły lata i osoba, która popełniła gwałt nie istnieje. To był naćpany czterdziestolatek. Konsekwencje poniesie 76-letni, nienagannie się prowadzący wybitny reżyser o światowej sławie, ojciec małego dziecka.

Myślę o jego żonie. Czy wiedziała i znała szczegóły? Polański musi stanąć przed sądem i na nic infantylne propozycje, żeby go uniewinnić. Jak, skoro sam się przyznał? To, że dziewczynka wycofała skargę, nie ma znaczenia z punktu widzenia prawa, bo przestępstwo ścigane jest z urzędu. Poza tym Polański uciekł amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości i to jest najgorsze. Z tego się nie wywinie. Nie wiem, co bym wtedy zrobiła na jego miejscu. Gdyby go aresztowano, nie powstałoby kilka genialnych filmów. Dziwne jest koło fortuny.

Moje środowisko spontanicznie zaczęło sporządzać listę osób chcących zwolnienia mistrza i fajnie, ale może mieć ona wyłącznie charakter wsparcia moralnego. Prawo, które w tej chwili nie jest wielbicielom Polańskiego na rękę, istnieje takie samo dla wszystkich i nie ma sensu zakładać protestów, choć marzę o tym, żeby wszystko okazało się koszmarnym snem. Znowu się o nas mówi na świecie. Niestety.



komentarze (134) | dodaj komentarz

Jadę sobie

sobota, 03 października 2009 19:34


W niedzielę wylatuję do Nowego Jorku i to właściwie służbowo. Mianowicie mam pokaz moich prac, promocję albumu o mojej twórczości i dwóch książek „Hania Bania" i „Hania Bania-królowa samby". Pokazuję 20 pasteli pejzaży i portretów. Wernisaż dnia 8 października o 18 w Konsulacie RP na Madison Avenue. Serdecznie zapraszam przyjaciół. Potem wystawa zostanie przeniesiona do Galerii „Nowego Dziennika", gdzie 9 października odbędzie się drugi wernisaż i obrazy zostaną tam do 17  bm.

Będzie ciepło i cudnie. Manhattan i okolice w październiku są najpiękniejsze. Nazywa się to „Indian Summer". Prace wiozę w rulonach osobiście. Lecę moim ulubionym LOT-em. Nie wiem, w co się ubrać, ale chyba jak zwykle pojadę z pustą walizką, bo ciuchy w NY tańsze i lepsze niż w Warszawie, nie mówiąc o kosmetykach.

Jakoś dziwnie zgadzamy się na wysokie idiotycznie ceny i słabą jakość. Na przykład markowe kosmetyki kupowane w Polsce są gorsze od tych z Ameryki, choć nazwa ta sama. Kupowanie w NY, to wielka przyjemność, ale największa, to muzea i wystawy. Dzieje się mnóstwo, jak w kalejdoskopie, a bliskich przyjaciół mam tam więcej niż w Warszawie. Staram się być wszędzie i wieczorami padam trupem i moczę nogi w solach. Warto.

Do Warszawy wracam jak ze szkoły przetrwania, bo Manhattan wielki i długi. Z kolei tak pięknie, ze szkoda wsiadać do metra. Taksówki nie mają w dzień sensu chyba, że się ma za dużo czasu. Kuszące jest to, że są tańsze niż w Warszawie. Wyjazd przyda mi się, bo jestem w trakcie pisania drugiej części mojej bestsellerowej powieści „Idiotka" pod tytułem „Idiotka wraca". Pochodzę po starych miejscach, zwiedzę dom towarowy z alkoholami z całego świata na Astor Place, pojadę do Century 21 na dole miasta i runę w przeceny, walcząc z tabunami japońskich turystów. Obejrzę wystawy. I już do domu. Tak jakby się nie wyjeżdżało.


komentarze (6) | dodaj komentarz

niedziela, 14 marca 2010

Licznik odwiedzin: 290693

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 02.03.2010 12:24:49
  • autor: Darek
  • treść: Pozdrowienia dla pro...