Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Maroko

niedziela, 07 lutego 2010 20:32


Wróciłam z objazdu Maroka z biurem podróży Rainbow zadowolona i z planami powrotu. Nie bez znaczenia był fenomenalny pilot - pan Sebastian, który o Maroku wie wszystko i z pasją opowiada. Bywam na wycieczkach i orientuję się  w spustoszeniach, jakie może spowodować dwudziestoletnia pilotka typu piti-piti, która prowadzi wycieczkę po Chinach, a jest specjalistka od Grecji, bo doświadczyłam tego na własnej skórze.  Powszechnie uważana jestem za złośliwego „cudaczka wyśmiewacza", a tu - proszę. Otóż wyjaśniam. Narzekam tylko wtedy, kiedy jest kiepsko, a teraz było super.

Maroko piękne, egzotyczne, z cudownymi bardzo starymi zabytkami. Wszystko oprócz nowego meczetu w Casablance, domu pewnego urzędnika w Marrakeszu i nowoczesnych osiedli, rosnących jak grzyby ma około tysiąca lat. Bardzo lubię prawdziwe zabytki, a szczególnie w dobrym stanie. Duże wrażenie robi np. meczet z XII wieku, bez jednej szczerby, czy brakującego elementu mozaiki, na osobie przyzwyczajonej do gomułkowskich slumsów rozpadających się po 40 latach.

O wycieczce nie będą się rozpisywała. Nazywa się „Cesarskie Miasta", trwa tydzień, jedzie się fajnym autokarem z super marokańskim kierowcą, nocuje w dobrych hotelach, je się nudne europejskie jedzenie bez przypraw. Ale można sobie to zrekompensować w ulicznych garkuchniach, jeśli się nie ma wyobraźni, bo brud niewyobrażalny. Może by zorganizować objazdową wycieczkę kulinarną dla pracowników Sanepidu? Ci, którzy by nie umarli na atak serca, mogli by pojechać dodatkowo szlakiem toalet publicznych. Za dirhama dziura pedałami do stawania. Torebka na szyi, bo podłoga jak jezioro, no i oczywiście brak papieru, za to babcie klozetowe egzotycznie grzeczne, nawet jak się nie zapłaci.

Marokańczycy są kolorowi i bardzo mili. Kobiety chodzą w miastach ubrane jak my, ale mają na głowach chustki. Pan Sebastian nazywa je „amfibiami", bo dół jest super sexy, a góra nader muzułmańska. Prawo marokańskie jest bardzo nowoczesne i kobiety mają równe prawa, ale nie wiem jak jest z parytetami, a zapomniałam zapytać.

Bardziej podobało mi się wybrzeże z turkusowym morzem i palmami, niż ponure deszczowe góry Atlasu, ale w końcu w Maroku też była zima, czyli nawet i 12 plus, choć przeważnie 20. Nie ma nic przyjemniejszego niż niemarznięcie, gdy inni marzną, oczywiście jak się ma wredny charakter.

No i na koniec pochwała koloru. Czerwień marokańska ma głębie kropli krwi prześwietlanej przez słońce. Nie gorszy jest turkus, chętnie z czerwienią i szafranową żółcią zestawiany, a do tej kakofonicznej kompozycji bez kompleksów łasi się fiolet w różnych odcieniach, włącznie z biskupim różem. Wszystko na przykład, w jednym dywanie. Marokańczycy, to estetyczni derwisze wirujący wśród niesłychanych barw dlatego pełno w Maroku malarzy i gwiazd filmowych kupujących stare domy, które przerabiają na stylowe rezydencje. W Maroku malował cudowny, fowistyczny Matisse, a w połowie XX wieku rezydowali czołowi francuscy i amerykańscy artyści i pisarze. Słowem trzeba jechać i to szybko, bo latem zdarzają się przypadki upieczenia.




Kuskus - danie super łatwe i pyszne


Kuskus to nie kasza, tylko drobne kluseczki, oryginalnie tarte wilgotnymi rękami posypanymi mąką. W Algierii widziałam jak się robi.

Do kuskusjery, czyli płaskiej miski, wsypuje się opakowanie kuskusu i zalewa, równo z powierzchnią wrzątkiem z szafranem i solą. Woda wsiąka. Gotowe. Trzeba spulchnić i zrobić coś w rodzaju kopczyka. Na powierzchni układa  się duszone mięso (każde dobre, Marokańczyk daje jagnięcinę, lub kurę, ale nie pierś), a dookoła ładnie cieciorkę z puszki wymieszaną z duszonymi na oliwie jarzynami. Musi być sporo czerwonej cebuli w cienkich plasterkach, marchwi i cukinii w słupkach. Wszystko, poza kapustowatymi i naszymi pietruszkami, porami i selerami. Jako przyprawy używamy mielonego kminku rzymskiego i  kurkumy. Można wkroić malutki strączek papryczki chili. Bez tych przypraw Kuskus nie ważny.


komentarze (3) | dodaj komentarz

Mrozy i Maroko

sobota, 06 lutego 2010 10:17


Lubię zimę. Zostało mi to z dzieciństwa w podwarszawskiej Zielonce. Pamiętam czekanie na śnieg. Jego kolory i odcienie, od bieli, do granatu, kiedy zapadał zmierzch. Ślady butów całej rodziny. Pamiętam cudne kwiaty, które mróz malował na szybach. Do dziś są dla mnie zagadką. Skąd ten wzór barokowej tapety? Pewnie kosmici projektują. Do teraz słyszę skrzypienie śniegu w czasie wielkich mrozów. Trzask pękających drzew. Widzę górkę, którą usypywał mi dziadek, żebym miała z czego zjeżdżać na płaskim Mazowszu. Nie przepadałam natomiast za ubieraniem mnie na tak zwaną „ cebulkę" i bez tego wyglądałam jak balon. Do dziś nie znoszę czapek i paltotów. Wolę kożuchy. Cienkie, a grzeje jak grube. Pamiętam mróz, który jak lodowaty duch właził pod ubranie, albo wpadał do przedpokoju via tak zwany „wiatrołap".

Ten zachwyt prawdziwą zimą pozostał mi do teraz i nie lubię, kiedy ludzie mówią, że mają dość tego zimna. Można się cieplej ubrać, szybciej chodzić, używać kremów ochronnych i uruchomić wyobraźnię, bo zima jest równie romantyczna jak wiosna.

Bardzo mi miło siedzieć i rysować patrząc przez okno na Wilanów. Muzyka gra, a ja jak malarz pokojowy słucham i macham pędzlem. Proszę zwrócić uwagę, że ekipy remontowe zawsze mają jakieś chrypiące radyjko odbierające tylko I program radia z tupiącym hejnałem i poziomem wód w Miedoni.

Niestety koniec z rajem, bo jadę sobie do Maroka. Ciągle ktoś mnie pyta, dlaczego właśnie tam. Powód pierwszy, nie byłam. Drugi: słyszałam, że najpiękniejszy kraj afrykański i raj dla bohemy i to od ponad stu lat, ale najważniejsza jest dla mnie ceramika i biżuteria etniczna. Biorę specjalną walizkę na skorupy i filtry do opalania, bo najpierw jedziemy wzdłuż wybrzeża, aż do Casablanki, a potem siup przez Atlas, który już znam z Algierii i Saharę, na której byłam kilka razy. A tam wielbłądy, których się boję, namioty berberyjskie, meczety, palmy i kuskus, które umiem z innych krajów arabskich. Na dowód przepis. Z żalem żegnam komisję śledczą, kupy śniegu na chodnikach, zziębnięte sarenki, którym naprawdę współczuję i lecę.


Kuskus


Paczkę kuskusu zalać wrzątkiem tak, aby była idealnie przykryta wodą. Posolić. Dodać chlup oliwy. Woda wsiąknie i gotowe. W Algierii i Tunezji widziałam jak produkuje się kuskus z mąki i wody, bo to wcale nie jest kasza, tylko suszone, mikroskopijne zacierki.

Spore kawałki baraniny lub kurczaka posolić, natrzeć czosnkiem, zalać oliwą z mielonym kminem rzymskim i odstawić do lodówki na noc. Smażyć z siekanym czosnkiem na oliwie, aż się lekko zrumienią. Podlać odrobiną wody i dusić do miękkości.

Duże kawałki papryki, bakłażana, cukinii i obrane ze skórki pomidory, oraz posiekaną czuszkę, obsmażyć na oliwie. Dodać pieprz Cayenne, dużo czosnku i cebulę w ćwiartkach, oraz sos pomidorowy, albo sos curry. Dusić pod przykryciem.

Kuskus wyłożyć na dużą płytk' miskę, formując coś w rodzaju kopczyka. Ułożyć na nim osobno mięso i jarzyny. Jadłam też kuskus polany zmieszanymi składnikami, ale osobno pięknie wygląda.   


komentarze (7) | dodaj komentarz

Czego Doda doda?

sobota, 30 stycznia 2010 13:32


To taki suplemencik do bloga o balu dziennikarzy. Dopiero następnego dnia, gdy ludożerka zaczęła się oblizywać w sprawie pocałunku stulecia skojarzyłam, że widziałam to najważniejsze wydarzenie medialne 2010, z odległości 10 metrów. Doda podkradała się do stolika prezydenckiej pary od tyłu z filuterną minką misia łasującego w barci, więc działała przez zaskoczenie.

Tu zastanowiła bym się nad jakością ochrony naszej głowy państwa. Jak to jest, że każdy sobie może podejść, założyć Prezydentowi podwójnego Nelsona i go pocałować, szczerząc zęby? Nie do pomyślenia w cywilizowanym kraju. Jakieś stepowe zwyczaje. Biedaczyna zbaraniał i chyba się trochę zląkł, bo Doda jest dorodną samicą z długimi pazurami, która wie, czym kaczka wodę pije. Zastanawiające, że nikt na czele z pierwszą Damą nie bronił pana profesora, ewidentnie nie gustującego w kontaktach fizycznych z kobietami o wykształceniu średnim. Widać też było, że Doda trzymała go mocno, więc nie miał szansy w tej nierównej walce. A może nagle wpadł na pomysł, że cichym przyzwoleniem na pocałunek zdobywa rzesze wyborczyń, kto wie, może nawet głos Premiera, wielbiciela słodkiej skandalistki?

W czasie zajścia ochroniarze z kabelkami zalotnie wiszącymi z uszu stali i gapili się na Dodę, bo  już prezydent im się opatrzył. Pomimo braku fotoshopu, o czym wspominałam, pewna swej bezkompromisowej urody Dorotka dyktowała warunki i nic dziwnego, bo była sporo większa od całej pary. Potem sobie poszła i okazało się, że niepotrzebnie założyła aż takie krótkie mini.

Przez chwilę chcieliśmy z przyjaciółmi podskoczyć i też skraść całusa głowie państwa, ale z wrodzonej nieśmiałości zarzuciliśmy pomysł. Wszystko wróciło do normy, a ja zastanawiałam się, jak to jest, że jakaś pannica wpada na pomysł, żeby się sfotografować w czasie urywania głowy głowy państwa i nikt jej nie przeszkadza?  Jakim cudem kobiecina w Rzymie bez problemu, rzuca się na Papieża. Może jego ochroniarze są z naszej szkoły? Do Berlusconiego na odległość metra podchodzi facet z metalowym odlewem katedry, a ochrona patrzy sobie w oczy, bo odwróceni są w złym kierunku.

Na zakończenie opiszę zdarzenie związane z tematem, które miało miejsce lata temu w portugalskiej katedrze na Goa w Indiach. Pewna pątnica- fanatyczka odgryzła palec u nogi świętemu Xaweremu, który od wieków leżał sobie wygodnie w sandałach zakonnych na podwyższeniu i zadziwiał wiernych, bo po śmierci nie zmienił się nic a nic. Mówią, że wyglądał nawet lepiej niż przed. Łakomczucha palec połknęła na oczach księdza i pielgrzymki, która zaczęła z niej zdobycz wytrząsać, ale nie dało rady, choć nie popiła. Powstał teologiczny dylemat związany z trawieniem i wydalaniem. Nie znam finału, ale historię słyszałam od przewodnika, gdy podziwialiśmy Xawerego w szklanej gablocie, w której po incydencie go umieszczono. Nie chce nic sugerować, ale może zamiast ochrony zafundować głowie państwa coś w tym stylu?


Prażone ziarna


Dużą patelnię posypać grubo solą. Wkładać oddzielnie nasiona sezamu, lnu, słonecznika, czy pestki dyni. Uprażone na ciemnozłoty kolor zsypujemy z solą do pojemników i używamy do twarożków, zup, past, jajek na twardo, jajecznicy, zapiekanek, a właściwie wszystkiego na słono. U mnie króluje całe ziarno sezamu z grubą solą, ale w Indiach używa się zmielonego na pył. Też pyszne.


komentarze (12) | dodaj komentarz

Jaja

sobota, 23 stycznia 2010 17:34


Za komuny, gdy spadał pierwszy śnieg pisano: „Znowu zima zaskoczyła drogowców". Nic się nie zmieniło, bo teraz też. Na ulicach hałdy brudnego śniegu. Została połowa miejsc do parkowania. Ludzie, jak disneyowski jelonek Bambi na zamarzniętym jeziorze, chodzą na rozkraczonych nóżkach. Z samochodu wysiada się w kupy brudnego śniegu. W bocznych uliczkach, zupełnie zaniedbanych ,jeździ się bokiem, tak ślisko. Na chodnikach podstępne placki lodu troszkę posypane piaskiem. To szkoła przetrwania dla staruszek i inwalidów, którzy zamiast łazić po mrozie powinni siedzieć w domu i nie narażać służby zdrowia na koszty. Staruszką jeszcze nie jestem, ale inwalidką-rowerzystką trochę tak, więc naprawdę boję się chodzić po nierównym śniegu, pod którym nie wiadomo co. Przypominam Dzwonnika z Notre Dame, gdy z wypiętym zadem łapię balans, bo jedna nóżka z powodu nierówności zawsze krótsza, na ramieniu zsuwająca się z futra torebka, w ręku torba. Chodzę w kłapciatych butach, których używam tylko w górach. Inne kozaczki czekają na lato

W tym wodewilowym piekle Dantego uwijają się funkcjonariusze Straży Miejskiej wymachując mandatami, za złe parkowanie. Upojeni dodatkowymi uprawnieniami, ani myślą pomagać zmarzniętym, ślizgającym się ludziom. Nie biorą udziału w odśnieżaniu, które nam się należy, bo płacimy podatki. Należą nam się również zredukowane przez powbijane bez sensu słupki miejsca do parkowania. Czy nos dla tabakiery, czy ona dla nosa? - pytał oświeceniowy poeta. Ja pytam też. Czy Straż miejska ma mi pomagać, czy przeszkadzać funkcjonować w mieście? Czy trzeba aż trzech pensji dla funkcjonariuszej trójki, żeby za wycieraczkę włożyć jeden mandat? Wybierałam kobietę na Prezydenta Miasta, bo myślałam, że może bardziej pomyśli o zwykłych ludziach niż nadęci, podsiębierni faceci. Nic z tego. Zaczyna się zabawa w policjantów i złodziei, którzy niczego nie ukradli.



Zupa z suszonych grzybów


Garść suszonych grzybów zalać letnią wodą i odstawić na noc. Przełożyć wszystko do garnka i dodać wody, włoszczyzny, przypraw jak do rosołu i pół opieczonej cebuli. Żadnego mięsa!

Łazanki domowe, czyli kwadratowe dwa na dwa centymetry kluseczki z cienko wałkowanego ciasta (tylko woda, mąka i sól), gotować al dente. Osoby niecierpliwe mogą łazanki kupić w sklepie.

Kiedy grzyby są miękkie, wyjąć je z garnka wraz z włoszczyzną i pokroić na średnie paski. Włoszczyznę dać psu. Na patelni zrumienić trzy duże łyżki masła i wlać do wywaru z grzybami, zagotować (można zrobić lekką zasmażkę).

Łazanki włożyć do miseczek i zalać czystą zupą z grzybami. Jest to danie wigilijne, więc pyszne.

komentarze (8) | dodaj komentarz

Bal

niedziela, 17 stycznia 2010 22:55


Doczekałam do ostatniej chwili, żeby móc spełnić rolę krasnalka- kronikarza Koszałka Opałka i przekazać relację z corocznego Balu Dziennikarzy. Za sekundę zrobią to tabloidy, ale ja będę pierwsza. Bal odbywa się zwykle w pięknej auli Politechniki Warszawskiej i ma charakter dobroczynny. Miło, bo większość znajomych: luzik, zabawni prowadzący i chaotyczne tańce, typu wolna amerykanka. Wszystko jak w  weselu Wyspiańskiego, nie wiadomo o co chodzi, ale każdy z każdym gada i i się cieszy, a muzyka daje po uszach. Stroje bez dress kodu, czyli suknie od skarajnie balowych bez góry, albo bez dołu, albo i bez tego i bez tego. Panowie garnitury, bo złośliwi mówią, że smoking dobrze leży dopiero w trzecim pokoleniu. Kilku luzaków w podkoszulkach oraz pogniecionych marynarkach, a redaktor Najsztub w kurteczce z baletu Dziadek do Orzechów, plus wymuskane męskie ,wyglądające jak klony, młodociane, rzucające kokietliwie okiem pi-ary. Na scenie di-dżej w letnim uniformie z filmu Strach na wróble. Dorota Wellman na czarno, żeby podkreślić swoją gigantyczna pracę nad figurą. Drobniutka Monika Olejnik w sukni czerwonej z trenem z przodu i z tyłu, lepiej było nie patrzeć, gdy wchodziła i schodziła z estrady. Mnóstwo super ciekawej, modnej teraz sztucznej biżuterii, czyli kilogramów błyskotek i pereł, które polecam, bo zdobią. Małe z przeproszeniem wisiorki, niech wiszą w domu do odwołania.

Na razie opisuję typowy spęd towarzyski, niestety bez wodzireja, a więc chaos ze szwedzkim stołem w tle, ale oto sensacja. Nagle na schodach pojawił się kłąb fotoreporterów coś szczelnie oblepiający. Spod aparatów wystawały mało mimiczne buzie osób słyszących inaczej z aparatami słuchowymi na długich kabelkach, a całe towarzystwo staczało się do sali balowej.

Ponieważ mówiło się o przybyciu Prezydenta i Dody, nie było jasności, kogo kryje wyżej wzmiankowana kula. Na dole okazało się, że to głowa państwa, która postanowiła w ramach kampanii wyborczej wyciągnąć rączkę do dziennikarzy. Moja babcia mówiła: Jak cię ktoś nie lubi, to nie polubi. Lepiej skoncentruj się na przyjaciołach. Prezydent został powitany ze sceny, przy wtórku anemicznych brawek stronników PIS-u, którzy ulokowali się po lewej (?) stronie auli, bo po prawej stali miłośnicy Platformy i SLD, czyli ja też. Został złamana konwencja, bo bal się upolitycznił. Niby nic, ale po co? Na szczęście za chwilę po schodach znowu zaczął spadać kłąb fotoreporterów, z którego wystawała Doda. Dwa grzyby w barszczu, ale krótko, bo zaraz sobie poszła i prezydent oraz jego spocona z przejęcia świta odzyskali palemkę pierwszeństwa. Koledzy co do Dody się rozczarowali, bo była bez fotoshopu i zaczęli poddawać w wątpliwość jej wyższe wykształcenie, aż musiałam jej bronić, podając przykłady osób z dyplomem, mających dużo brzydsze nogi niż nasza Gwiazda. Tu wymieniłam paru znanych mi profesorów, których nogi widziałam.

Poszłam sobie około północy, bo był tłok na parkiecie spowodowany występem dobrze odżywionego, jak zwykle rubasznego- Krzysztofa Krawczyka, który był bardzo zadowolony, co widać było na telebimie. Ostatnio nie mam szczęścia do występów pop na żywo. Jeszcze nie doszłam do siebie po Kasi Nosowskiej na paszportach Polityki, a tu nowy test na wytrzymałość. Poza tym, gdyby nie nasz przymusowy, rodem z filmów Altmana, udział w kampanii wyborczej, było super.



Kapusta z grzybami


Kilo kwaszonej kapusty namoczyć przez pół godziny, odcedzić i wycisnąć. Namoczone przez noc grzyby suszone - mogą być i korzonki lub byle co - ugotować w małej ilości wody z włoszczyzną bez kapusty, ale z zielem angielskim i liściem laurowym. Do tego pół opieczonej nad ogniem cebuli (odradzam świece zapachowe).

Kapustę pociąć na średnio drobno, włożyć do garnka, zalać wywarem z grzybów i gotować 15 min. Grzyby pokroić w cienkie paski. Na dużej patelni rozgrzać olej kujawski z dwoma posiekanymi ząbkami czosnku. Dodać odciśniętą kapustę i grzyby. Lekko posolić, dodać sporo pieprzu i mieszając zasmażać 20 minut. Potem na chwilę przykryć, żeby doszła do siebie.

Najlepiej smakuje z kartoflami purée polanymi olejem z podsmażaną drobno posiekaną cebulką. W Polsce popularna jest również kombinacja z wielkim panierowanym schabowym.


komentarze (16) | dodaj komentarz

wtorek, 9 lutego 2010

Licznik odwiedzin: 220385

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Ulubione strony

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 08.02.2010 11:14:49
  • autor: Krystyna Bajorek-Witkowo koło Stargardu Szczecińskiego
  • treść: Trafiłam przypadkiem...