Znowu mam mało czasu na napisanie bloga stulecia, więc będzie zwykły. Najpierw o zupełnie zdezaktualizowanej rocznicy zburzenia Muru Berlińskiego. 20 lat temu byłam zaproszona przez przyjaciół do Berlina, bo było wiadomo, że ściana padnie. Właśnie wróciłam z Nowego Jorku jako nowa mężatka i zamierzałam rozejrzeć się w demokratycznej Polsce z zamiarem pozostania. W mojej emigracji chodziło głównie o to, żebym mogła z Polski swobodnie i bez pytania wyjeżdżać. Nie myślałam, że dożyję takiej możliwości. Nie pojechałam, bo nie lubię i nie umiem tłumów i trochę żałuję, choć kolega, który 20 lat temu siedział na czubku burzonej ściany w centrum, mówił, że raczej było chaotycznie. Podobno Rewolucja Październikowa też zaczęła się byle jak. Czytałam o tym w nadzwyczajnej książce o Petersburgu prof. Mariana Wilka. W tym roku, to nawet miałam miejsce w sektorze vipowskim i mieszkanie u przyjaciół tuż koło Bramy Brandenburskiej, ale lało i jak sobie wyobraziłam, że w mokrych butach oglądam to samo co w telewizji, a potem szukamy godzinę taksówki i jemy w domu, bo w knajpach nie ma miejsca, to mi się odechciało. Zblazował się człowiek.
Za to doceniłam wagę chwili i oglądałam transmisje we wszystkich telewizjach, ubrana wizytowo, w miłym towarzystwie, pijąc szampana i jedząc kawior. Gdy Lech Wałęsa przebrany za gajowego puknął domino, to miałam łzy w oczach, naprawdę. Potem też, bo wjechał w niego wózek od kamery i jakoś tak to symbolicznie wypadło. Może ktoś wózek nasłał i komisja to wyjaśni? Nic dziwnego, że nasz słodki Noblista się pochorował.
Jadę do Sopotu wręczyć Szpitalowi Dziecięcemu nowy pedoskop. To taka maszyna do badania stóp małych dzieci, wykrywająca w sekundę wszystkie wady. Pieniądze zdobyliśmy, robiąc wspólnie aukcję charytatywną: Lions Club w Sopocie, Krzywy Domek, wiceprezydent Sopotu Wojciech Fułek i moja Fundacja Hanny Bakuły. Zgromadziliśmy dobre obrazy i goście poczynili zakupy za 26000 złotych. Wszystko w ciągu 2 godzin. Uroczystości w sobotę.
Potem molo i spotkania z przyjaciółmi, których mam w Sopocie tylu, ilu w Warszawie.
Oto przepis na moją FASOLKĘ PO BRETOŃSKU: (4 porcje):
Namoczyć na kilka godzin paczkę fasoli jaś, albo mniejszej, ale nie za małej.
Sparzyć oraz obrać ze skórki 5 pomidorów i posiekać.
W cienkie plasterki pokroić dwie białe cebule i posiekać kilka ząbków czosnku.
Fasolę gotować do al dente z solą, ponad godzinę. Wylać wodę, odstawić.
Na dużej patelni smażyć na oleju czosnek, cebulę i dodane pomidory, aż się solidnie podduszą. Dobrze jest dodać pokrojoną czuszkę i dużo majeranku.
Wymieszać wszystko razem i dodać soku pomidorowego, oraz pulpy pomidorowej z kartonu, żeby był sos. Na końcu dolewamy 50 g dobrej oliwy. Siekamy pół pęczka bazylii i wrzucamy w ostatniej chwili.
Osoby mięsożerne mogą dodać do smażenia pokrojoną w kostkę kiełbasę drobiową, ale bez jest smaczniejsze. Jeść samo, albo z razową grzanką posypaną prażonym sezamem z solą.
Cały ostatni tydzień siedzę i poprawiam właśnie skończoną powieść „Idiotka wraca" kontynuację „Idiotki w Nowym Jorku". Deszcz leje, a ja w łóżku obłożona wodami mineralnymi, kawą i winogronami rwę włosy z głowy, bo książkę pisałam ponad 3 miesiące w: Świnoujściu, Busku, Radziejowicach, Sopocie, Warszawie, Krakowie i Nowym Jorku. Skutkiem tego po kilka razy piszę o tym samym tyle, że bohaterowie w każdym kawałku ubrani są inaczej i co innego robią. Ciągle muszę z czegoś rezygnować i dopisywać, co uniemożliwia mi myślenie o czymś innym. Mam wiele spraw do omówienia, ale zrobię to na początku tygodnia.
Teraz tylko przepis i wracam do „Idiotki".
Ogórkowa - przepis na 2 osoby
4 średnie ogórki kwaszone pokrojone w małą koskę.
Włoszczyzna bez kapusty i przyprawy: 3 liście laurowe, pieprz ziarnista (kilka ziarenek), ziele angielskie (4 sztuki).
2 małe kartofle.
1 duża cebula pokrojona w kostkę.
1 pęczek koperku posiekany.
Olej kujawski, bo najlepszy, dwa małe chlupy na patelnię.
1 łyżka majeranku.
3 całe ząbki czosnku.
Włoszczyznę gotować z przyprawami, solą i czosnkiem. Na oleju dusić cebulę i ogórki, dodając majeranek. W małym rondelku gotować kartofle pokrojone w cienkie kostki. Gdy włoszczyzna jest miękka, dodać kartofle i duszone ogórki z cebulą. Gotować 2 minuty razem. Podawać z koperkiem.
Właśnie gotuję energetyczną zupę z czerwonej soczewicy, idealną na jesień. Przepis na końcu bloga. Jednocześnie oglądam uroczystości z okazji zburzenie muru berlińskiego. Pamiętam ten dzień. Nie pojechałam, bo nie lubię tłumów, a moi koledzy reporterzy mówili, że zanosi się na stratowanie. W tym roku mam znowu zaproszenie i to na trybunę koło Hillary Clinton, ale z tych samych względów wolę obejrzeć wszystko w telewizji kończąc książkę „Idiotka wraca" - dalszy ciąg przygód Molly opisanej w powieści „ Idiotka. Miłość w Nowym Jorku".
Mur runął przenośnie i fizycznie. Jeszcze w roku 1985 Jacek Kaczmarski, mój wtedy przyjaciel, śpiewał w moim manhattańskim mieszkaniu piosenkę „Mury" . Nikt nawet nie marzył o upadku komunizmu, do którego byliśmy przyzwyczajeni i umieliśmy w nim lawirować.
Mur runął nagle. Polska od czerwca 1989 była krajem, w którym obalono komunizm. Wróciłam ze Stanów i w Warszawie poznałam Gorbaczowa z żoną. Był gościem „czerwonej" Polityki, ciągle najlepszego tygodnika w Polsce. Teraz patrzę na przemówienie Gorbaczowa w TVN24. To już 20 lat, wtedy był młody i bardzo uśmiechnięty. Wszyscy go lubili i jak się okazało, słusznie. Nadal jest swobodnym Europejczykiem.
To on ma 50% zasług. Putin by nie popuścił i mur by stał do teraz, a my byśmy czekali w kolejce po paszport. Zburzenie muru to wydarzenie nie do przecenienia. Bywałam za komuny często w NRD i chodząc po Pergamonie, wśród wykopalisk asyryjskich, naprawdę czułam oddech Stasi na plecach. Dzień jest ciemny i wilgotny, ale dla mnie jasny jak słońce w Tajlandii. Mam pełną świadomość wielkiej chwili. 20 lat temu dzięki Papieżowi, Solidarności, Gorbaczowowi, Kohlowi i staremu Bushowi skończył się najbardziej totalitarny i zbrodniczy ustrój zwany komunizmem. My go znamy, ale jest już pokolenie dwudziestolatków, które nie ma pojęcia o koszmarze, w jakim świat żył ponad 70 lat. Nikt nie przeczuł stalinizmu, a teraz Rosja protestuje przeciw porównywaniu go do Hitlera. Był gorszy, bo mordował swoich obywateli. Tamten nigdy. I tyle. Co za dzień. Doceńmy to.
Królowa zup - soczewica
Włoszczyznę gotować ok. godziny z liściem laurowym, pieprzem, zielem angielskim, solą, ząbkiem czosnku, kawałkiem super ostrej papryczki i cebulą. To wywar. Teraz najważniejsze, czyli zamiast kartofli i klusek: na patelni udusić pokrojone dwa ząbki czosnku z białą cebulą w cieniutkich plastrach i połową cukinii pokrojonej w kostkę i odstawić. Kiedy włoszczyzna jest miękka wyjmujemy ją z garnka, bo jest bez sensu. Cebula też do wyrzucenia. Nie ma w nich nic. Do wywaru wsypujemy pół opakowania pomarańczowej soczewicy i albo dużo majeranku, kurkumy lub gram masalę. Po 5 minutach dodajemy uduszone jarzyny. Gotujemy, aż soczewica stanie się blada. Dodajemy porwane na kawałki liście bazylii. Zupa jest przepyszna i doskonała na drugi dzień.
Każdy choć raz powinien przelecieć się do innej strefy czasowej w sensie dosłownym i przenośnym, a potem wrócić, żeby poczuć na własnej skórze, co to jest jet lag. Jedni przeżywają go jakoś w 3 dni, inni, na przykład ja, potrzebują tygodnia, żeby dojść do siebie. Zasypiam i budzę się o najmniej spodziewanych porach, ze szczególnym uwzględnieniem 4 nad ranem, aby sobie zrobić bezsensowną przekąskę i potem leżeć w łóżku z otwartymi oczami przez 3 godziny. Czarne myśli i świadomość, że w tej sytuacji obudzę się w południe, więc dzień stracony, bo o 4 ciemno, a ja po ciemku funkcjonuję jak popsuta nakręcana zabawka.
Za chwilę będzie dwa tygodnie od mojego powrotu, a ja poza finiszowaniem z moją nową powieścią o Idiotce poruszam się jak mucha w smole i nie rozumiem, co mówią dziennikarze i politycy, bo mówią jednocześnie i bardzo chaotycznie. Poza tym jaka agresja! Jaki brak wyrafinowania, nawet kompetencji. Czasami podejrzewam, że nasi milusińscy się wygłupiają, ale dlaczego za nie swoje pieniądze?.
Moment temu słuchałam porannego TOK FM i miałam wrażenie, że goście i prowadzący mówią po serbsku. Rozumiałam tylko słowo „komisja"- najczęściej używany rzeczownik, a czasem czasownik „zbadać". Poza tym bez dykcji, bez intonacji spierał się jak w maglu kwiat naszej politycznej inteligencji.
Dopiero po przerwie od tego wszystkiego i pobycie w normalnym, demokratycznym kraju, jakim dla mnie jest Ameryka, widzę koszmar podejrzliwości i braku poczucia obywatelskiej przyzwoitości, w jakim żyjemy. Co za, z przeproszeniem, pierdoły nas zajmują? 20 lat wolności nauczyło nas donosić i szpiegować jak w carskiej i nie tylko Rosji. Żyłam w przekonaniu, że jako społeczeństwo jesteśmy solidarni, a nie jesteśmy, raczej przypominamy beczkę kiszonej kapusty.
A propos, teraz o jedzeniu. Po obejrzeniu całkiem zabawnej komedii z Meryl Streep, o dwóch Juliach pasjonatkach dobrej kuchni, postanowiłam tak jak jedna z nich wprowadzić do mojego bloga rubrykę kulinarną Będzie co tydzień i mam nadzieję, że wszystkim się spodoba. Gotuję od dziecka, bo wychowałam się jako jedynaczka Hania Bania w kuchni, podglądając Babcię i panią Stefę. Ciekawe, że normalny obiad gotowały 5 godzin, potem ten sam moja Mama gotowała 2 godziny, a ja już godzinę i to nie całą. Poza tym one zużywały dziennie kostkę masła, tak jak bohaterki filmu, a ja nawet tej trucizny nie mam w domu. Zastępuję masło olejem lnianym i oliwą
Kącik Kulinarny
Błyskawiczna zupa rybna Hani Bani (przepis na 2 osoby)
Najlepsze są ryby morskie, bo hodowlane karmią byle czym, tak jak biedne kuraki, co im rosną piersi.
Pół kilo mrożonych filetów z ryby morskiej, mogą być w kostkach, bez panierki, albo całe kawałki.
Włoszczyzna mrożona, krojona w paski. Bez brukselki (pół opakowania).
1 czerwona papryka pokrojona w centymetrowe paski, wzdłuż.
1 biała cebula pokrojona przez pół i w cieniutkie plasterki.
Malutki kawałek bardzo ostrej papryczki.
Duży sparzony i obrany ze skórki pomidor pokrojony w wąskie cząstki
Przyprawy rosołowe: listek bobkowy, ziele angielskie, pieprz czarny, plus zioła prowansalskie i oczywiście sól.
Wszystko oprócz ryby wrzucamy do wrzącej wody i gotujemy do miękkości (niecałe pół godziny). Pomidory muszą prawie zniknąć. Dodajemy całe filety albo kostki rybne i gotujemy koło 5-7 minut. Same się rozpadną.
Nie używamy żadnego tłuszczu, dlatego zupa jest najzdrowsza na świecie i nie ma prawie kalorii.
Osoby nie mogące żyć bez kartofli mogą je pokroić w drobniutką kosteczkę i gotować z jarzynami albo można wrzucić ugotowany uprzednio ryż. Poza pokrojeniem cebuli i papryki oraz ewentualnie kartofli nie ma nic do roboty, a o to zaganianym kryzysowiczom chodzi.
Był taki serial, ale nie chodziło o nawierzchnię. A mnie chodzi. Ostatnio podróżowałam autem z Berlina do Świnoujścia via Poznań do Warszawy. Gdyby nie to, że muszę występować w telewizji, to bym się zaczęła jąkać z przerażenia. Brak poboczy, dziury, wąsko, nie oznakowane, oszalałe ciężarówy machające przyczepami, dudniące po wybojach Gdzieniegdzie bamboły z migającymi światłami, ale połowa leży plackiem, bo zawadzają je samochody. Nagłe betonowe wysepki przy skrzyżowaniach, mające nauczyć nas moresu i bęc w niewidoczny nocą betonek. Jak droga dobra, ograniczenie do 60 na godzinę, jak byle jaka, proszę bardzo panowie ułani! Raz się żyje!
W statystyczny weekend ginie ponad sto osób i są setki rannych. To nie tylko wina kierowców! Może by co długi weekend ogłaszać żałobę narodową, albo wziąć się za drogi? Bida z nędzą i brak logiki, a inwencja komunikacyjna, na pewno wychodzi od wiejskich gospodyń bez prawa jazdy, przekwalifikowanych na drogowców w ramach walki z bezrobociem. Niepotrzebne słupki chyba robi szwagier wojewody, a znaki sprzeczne i gęste muszą być produkcji bratanka. Podskakując jak na rodeo, staram się słuchać radia, a tam cud wiadomość: Platini nas pochwalił za stadionowe fantomy. Nareszcie nas docenili makaroniarze i słusznie. Na przykład mój ulubiony Stadion Dziesięciolecia ma się dobrze, choć już goły. Wygląda jak rzymskie wykopalisko w Tunezji, ale tamto w lepszym stanie. Póki co, bym udostępniła turystom jako atrakcję. Kraczę, bo mam rację.
Jakim cudem naszymi drogami, a nawet warszawskimi mostami dowieziemy kibiców? Nie ma na to siły. To niestety nie Somosierra, to Waterloo i nawet moi wrogowie za 3 lata będą podziwiali moją przenikliwość. Panopticum komunikacyjne przesłoni mecze, a najlepiej będzie je oglądać w telewizji, a i życie się zachowa.
piątek, 20 listopada 2009
Licznik odwiedzin: 184182
| « listopad » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | ||||||
| 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 |
| 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | ||||||
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: